Jesteś tutaj

Bitwa pod Kockiem

Mój Dziadek po mieczu, starszy działonowy Stanisław Konieczny (2 Pułk Artylerii Lekkiej Legionów z Kielc), trafił pod Kockiem do stalagu. Szybko stamtąd dał nogę, przy pomocy przypadkowych dzieci, które przyniosły jeńcom chleb.

Jak mówił, kto chciał - ten uciekł. Jemu się udało dopiero za trzecim podejściem; przepadły dwie "szykowane" próby - wypaliła improwizacja, pod wpływem impulsu, wykorzystanie okoliczności chwili.

Podwładni pamiętają przede wszystkim, że nie klął  - był  słynny z opanowania i zimnej krwi i żelaznego charakteru. Wiele lat po śmierci Dziadka opowiadali ze zdumieniem, że całą kampanię wrześniową przeszedł bez jednego słówka, którym obecnie w rozmowach prywatnych tak chętnie szafują elity. Jak na szarego zawodowego trepa pod 40-tkę to chyba sporo wrodzonej kultury i odporności na czynniki zewnętrzne. Był ogólnie szanowany, a poborowi go kochali, bo traktował ich po ojcowsku i pomagał nadrobić opóźnienia cywilizacyjne bez upokarzania.

Trafił do polskiego wojska w 1917 roku, jako nastolatek - jeszcze nie było Polski, ale pod Jędrzejowem bardzo się na nią czekało; potem armia mu kazała zrobić małą maturę. Więcej się nie udało, chociaż zawsze o tym marzył. No i.... chętnie czytał poezje:-)

Na zaślubiny z morzem w wykonaniu generała Hallera pojechał jako reprezentant pułku. Przywiózł Babci wtedy bursztyny, które odziedziczyłam - i do dzisiaj noszę.

Dziadek z wojny wrócił do domu 13 grudnia, gdy go już wszyscy opłakali. Przyszła wiadomość, że poległ w kampanii wrześniowej. To nie było pierwsze zdarzenie trzynastego, które uczyniło tę liczbę szczęśliwą dla naszej rodziny - ale zawsze się od tego zaczyna wyliczankę: "Trzynastego dziadek wrócił z wojny, trzynastego..."

Babka nie umiała uwierzyć w śmierć męża; twierdziła, że by coś poczuła - więc jako jedyna nie doznała szoku, gdy Dziadek stanął w drzwiach, głodny, obdarty i zawszony. Spokojnym głosem powiedziała wtedy: "Najpierw Ojciec się wykąpie i coś zje, a potem się przywitacie".

Nie lubiłam tej Babci, strasznie nieugięta baba, okropny babsztyl, ale to co o Niej wiem wskazuje na to - że czekałaby na swojego Stasia, ile trzeba - nawet dziesiątki lat, może więc coś było w stwierdzeniu, że by poczuła... To nie była intuicyjna kobieta, o nie.

Umarł 13 listopada 1982 r. wskutek powikłań po otwarciu zakażonej rany (własny koń go kopnął podczas odwrotu spod Kijowa). Był ostatnią chyba ofiarą wojny polsko-rosyjskiej.

Gdy go wspominam - pamiętam wielkiego, milczącego chłopa jak malowanie, wyprostowanego niczym struna. Ten przedwojenny kołnierzyk od munduru chyba na stałe mu się wbił w szyję.

Zaplanował trójkę dzieci: chciał samych synów, bo do obsługi działa było wtedy potrzebnych czterech chłopa. Gdy Babcia za trzecim razem się zbiesiła i ośmieliła urodzić dziewczynkę - powiedział, że więcej dzieci nie będzie, bo każdemu trzeba zapewnić wykształcenie. Dotrzymał słowa: wszystkie dzieci zdobyły wyższe wykształcenie - a najwyżej na ścieżce edukacji zaszła właśnie ta dziewczynka. Została profesorem doktorem habilitowanym, gwiazdą w swojej specjalności - chcoiaz tego profesora dostała dopiero po 1989 r., bo jako bezpartyjna za socjalizmu była "wiecznym docentem".

Dobranoc, Dziadku. Dziękuję za parę rzeczy - także za tę opowieść na stole, przy pomocy szklanki i kilku kawałków chleba, jak się ucieka z jenieckiego obozu za plecami wartownika. To było bardzo pouczające.